gora
autor

Wyspy Zawietrzne: żeglarski plac zabaw

PRZYGOTOWANIA

Martynika, St. Lucia, St. Vincent, Bequia, Tobago Cays – komu z nas, czytających wspomnienia żeglarzy obieżyświatów, na dźwięk tych słów nie podnosi się poziom adrenaliny? Kiedy na wiosnę 1997 padła z ust moich francuskich przyjaciół propozycja dwutygodniowego rejsu na Wyspy Zawietrzne Małych Antyli, bez zastanowienia nad skutkami finansowymi takiej decyzji byliśmy z żoną „za”.

Rejs miał być przygotowany od początku bez udziału pośredników. Realizacja przełom 1997/1998 (czyli poza porą cyklonów, nawiedzających te rejony między czerwcem a listopadem). Bilans otwarcia był następujący: jest nas 16 osób, doświadczenie z Antyli mają dwie osoby, które już taki rejs jako załoga (czytaj: pasażerowie) odbyły, z doświadczeniem żeglarskim tylko niżej podpisany (żeglarz jachtowy, Jeziorak, WJM). Potrzebujemy więc dwa katamarany i dwóch skiperów. Podział zadań jest prosty: jedna osoba załatwia jeszcze w czerwcu czarter, druga rezerwuje najpóźniej do lipca bilety lotnicze (takie wyprzedzenie jest niezbędne). Znajdujemy wśród znajomych dwóch skiperów. Wiz nie potrzebujemy.

Czarterujemy dwa katamarany Nautitech 475. Uporczywe negocjacje z firmą czarterującą pozwalają zbić cenę 1 katamaranu z 10 tys. USD na 8 tys. USD. Ostatnie uwagi „doświadczonych”: dużo koszulek (i tak było za mało), sandały do kąpieli, dobry krem ochronny, śpiwór (przydał się do noclegów na pokładzie).

RUSZAMY

W pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia spotykamy się na lotnisku Orly w Paryżu i po paru godzinach lotu lądujemy w Fort de France na Martynice. Jest parno, świeżo po burzy. Deszcz towarzyszył nam zresztą codziennie po kilkadziesiąt minut (wyspy są pochodzenia wulkanicznego i gromadzą się nad nimi chmury). Przy prawie stałej temperaturze powietrza 26 ºC i temperaturze wody 25ºC nie stanowiło to najmniejszego problemu. Mikrobusy z mariny już czekają i po godzinie jazdy jesteśmy w Le Marin. Katamarany prezentują się okazale: 14,3 m długości, 7, 60 m szerokości, 150 m2 żagla, rollfok, autopilot, ponton z silnikiem, 4 kabiny dwuosobowe, każda z węzłem sanitarnym (WC, umywalka i prysznic), 2 kabiny jednoosobowe. Dwa silniki po 50 KM, zbiorniki 740 l wody (starczało tylko na 5 dni i był problem z uzupełnieniem) oraz 400 l paliwa (nie zużyliśmy wszystkiego).

Zakupy robimy w Fort de France. Ważne jest, aby na Martynice kupić warzywa i owoce na cały rejs. Później, poza bananami, jest bardzo trudno z zaopatrzeniem w te artykuły (drogie i nędznej jakości). Jeszcze wypożyczenie dużej izolowanej skrzyni na napoje i załadowanie jej lodem (lód uzupełnialiśmy później bez problemu), szybkie przyjęcie jachtów, złożenie czeku gwarancyjnego i możemy oddawać cumy. Mamy jednak problem. Patenty? Nie, nikt nas o nie nie pyta. Jeden ze skipperów dołączy do nas dopiero za dwa dni. Nie mam wyjścia, jako jedyny żeglarz muszę go zastąpić. Nie zdążyłem jeszcze dobrze zastanowić się, jak dać sobie radę z dwiema manetkami silników, jaką jacht może mieć inercję i do czego służą te wszystkie patenty, gdy przekazujący nam katamaran pracownik mariny zadał standardowe (jak się wydaje) pytanie: wyjdziecie z mariny sami czy mam was wyprowadzić? To się nazywa serwis ;-)

REJS

Stawiamy żagle i ostrym bajdewindem bierzemy kurs na St. Lucia. Załoga po zażyciu tabletek przeciwko chorobie morskiej drzemie na pokładzie. Jest okazja do wypróbowania autopilota (działa bezbłędnie) i przyjrzenia się różnym patentom upraszczającym obsługę żagli i kotwicy. Komplet map i przewodników (po francusku lub angielsku) jest na pokładzie. Fale ok. 1,5 m wysokości (później osiągały i 3 metry), wiatr kilkanaście węzłów. Takie warunki utrzymały się przez dwa tygodnie. Pierwszy etap żeglugi trwa parę godzin. Rzucamy kotwicę w Rodney Bay na północnym zachodzie St. Lucia. Przez cały rejs stawaliśmy wyłącznie na kotwicy, raz tylko dobijając do nabrzeża po wodę. Zgłaszamy wejście, płacimy opłaty portowe. Załatwia to jedna osoba. Zero innych formalności. I tak już pozostało do końca rejsu. Zwiedzamy ruiny brytyjskiego fortu z XVIII wieku na Pigeon Island z resztkami angielskich koszar. To stąd Anglicy obserwowali francuską flotę na Martynice a w czasie drugiej wojny światowej Amerykanie mieli tu punkt obserwacyjny.

Następnego dnia przemieszczamy się po zawietrznej St. Lucia do Marigot Bay. Wąskiej zatoki, okolonej wysokimi zboczami, wśród palm, dającej schronienie przed huraganami. Jest ciasno, pełno jachtów, kotwica (Danfortha) nie chce trzymać a na dodatek manewry utrudniają łodzie tubylców. Towarzyszą nam one na wszystkich podejściach do kotwicowisk. Sprzedawane są ozdoby, banany, lód, ryby, homary, chleb i proponowany jest ...odbiór śmieci.

W czasie całego rejsu rozczarował na wybór ryb. Można było kupić jedynie czerwone kingfishe, raz oferowano nam nawet zamrożoną rybę. Próba samodzielnego zaopatrzenia się w ryby skończyła się o mało co zatruciem. Przyjaciele z sąsiedniego jachtu złapali „taaaką” rybę i zabierali się do jej przyrządzania. Na szczęście w porę zostali zatrzymani. Złowili bowiem trującą barakudę.

Trzeci dzień, najdłuższy etap, 8 godzin żeglugi. Mijamy na lewym trawersie St. Vincent i ostrym bajdewindem płyniemy w kierunku Bequi. Towarzyszą nam delfiny, w oddali pojawia się grzbiet wieloryba. Chyba dopiero tego dnia opada z nas wielkomiejski stres i zaczynamy delektować się żeglugą. Nastrój ten pogłębia się w Admiralty Bay na Bequi, gdzie rzucamy kotwicę. Jest tak, jak chyba każdy z nas wyobraża sobie żeglugę po „błękitnych morzach”. Piękna zatoka, głębokość 3 –4 metry, piaseczek. Port Elizabeth nie sprawia wrażenia turystycznego miasteczka. Włóczymy się po mieście. Usiłujemy naśladować sposób poruszania się czarnych mieszkańców tych wysp, ich charakterystyczne powitania (gardłowe „haj, man” i niedbałe podniesienie ręki). Na Karaibach nie ma już pierwotnej ludności (zostali oni wybici przez kolonizatorów). Żyją jedynie potomkowie niewolników sprowadzonych z Afryki. Rozpoczynamy polowanie na pływające wśród jachtów tratwy z beczkami z wodą i paliwem. Nasze zbiorniki są pustawe. Cztery węzły sanitarne z prysznicami robią swoje. Kolejka do tratw duża. Otoczone są wianuszkami pontonów. Sprytem popisuje się mój nastoletni syn, który wypatrzył, gdzie tratwy tankują wodę. Przydybał jedną „u źródła” a potem dzielnie pilotował ją aż do jachtu, nie pozwalając na zboczenie z trasy.

Czwarty dzień, najkrótszy etap. Zmieniamy tylko kotwicowisko. Okrążamy wyspę od południa i stajemy w Friendship Bay. Jest spokojniej (w Admiralty Bay stało około 100 jachtów), na brzegu bary pod palmami. Cocktailom z różnych owoców, alkoholi i zmiksowanego na gęsto lodu nikt nie mógł się oprzeć. Międzynarodowe śpiewy rozlegały się po całej zatoce (w naszym gronie przyjaciół byli Francuzi, Niemki i Hiszpanka).

Piątego dnia ruszamy w kierunku Mustique. Warto zapoznać się z jej nietypową historią najnowszą . Prywatna wyspa, z rezydencjami Davida Bowie, księżnej Małgorzaty i wielu innych bogatych i sławnych. Kilkadziesiąt rezydencji do wynajęcia. Rzucamy kotwicę na zachodnim wybrzeżu, tuż obok stojącego na palach słynnego Basil’s Bar (z reklamy: you may get a table next to Mick Jagger, Raquel Welch, Prince Andrew), w którym zamierzamy obchodzić Nowy Rok. W naszym sąsiedztwie kilkadziesiąt innych jachtów. Zwiedzamy miasteczko, kolorowe, zbudowane przez nowego właściciela w latach sześćdziesiątych, istny karaibski skansen. Spędzamy tu też cały następny dzień. W ciągu dnia zaczynają zawijać do zatoki kilkudziesięciometrowe, luksusowe jachty motorowe. Po południu na miejscowym lotnisku lądują prywatne samoloty. To przylatują właściciele tych jachtów. Będą bawić się razem z nami. Sylwester zaczyna się na kotwicowisku o 19.30 miejscowego czasu. W Europie jest już północ i z jachtów francuskich i włoskich wznoszą się w niebo race. Godzinę później Anglicy. Amerykanie rozszaleli się 1,5 godziny po północy. Nie wszyscy bawią się w Basil’s Bar (wstęp 100 USD). A w nim największą sylwestrową atrakcją wydaje się być (przynajmniej dla bawiących się tam milionerów) otwarcie o północy wrót baru dla czarnych mieszkańców wioski. Dopiero wtedy robi się na parkiecie wesoło i tłoczno.

Naszym celem siódmego dnia jest archipelag Tobago Cays. Po drodze tankujemy wodę w niezbyt przyjemnym porcie rybackim na Canouan. Nie mamy wyjścia. Wypożyczone urządzenie do odsalania wody robi tylko dużo hałasu a woda ledwo ciurka. Nawigację trzeba w tym rejonie prowadzić bardzo uważnie. Płytko: skały i mielizny. Tego dnia spotyka nas jedyna przygoda nautyczna: kilkuminutowy deszczowy szkwał o prędkości 42 węzłów. Dostajemy go z baksztagu, przy pełnym ożaglowaniu. To właśnie gdzieś tutaj Leonid Teliga przeżył „...kilkunastominutowy szkwał, który położył „Opty” na burtę tak, że czerpał kokpitem wodę...”. Nasz katamaran wytrzymał uderzenie bez problemu, w pozycji wyprostowanej.

Tobago Cays to zespół małych, skalistych wysepek, obwiedzionych palmami, chronionych od strony Atlantyku rafą koralową. Kotwiczymy uważając, by nie uszkodzić koralów. Natychmiast podpływa motorówka. Proponują nam homary. Grill na plaży pod palmami mamy więc zapewniony. Następnego dnia możemy też wreszcie ponurkować (na jachcie są płetwy, maski i fajki do nurkowania). Korale, ryby, prześwietlona słońcem woda: widoki niezapomniane. Trzeba jednak uważać. Niektóre gatunki korali wywołują po dotknięciu odczyn alergiczny. Na plaży obok nas małżeństwo z małym dzieckiem. Płyną dookoła świata. Mają dużo czasu. Zazdrość chwyta za serce. My tu tylko czarterem na dwa dni. Pocieszam się, że inni mają jeszcze gorzej. Między wyspami płynie zabytkowy kuter z hotelowymi turystami. Oni tu tylko na dwie godziny.

Kolejny, dziewiąty dzień, to rejs do Chatam Bay na Union Island. Niewielka zatoka, okolona wysokimi, zalesionymi wzgórzami. Jest trochę ponuro, ale za to dziko. Dla rozprostowania kości ruszamy przez góry do Ashton, małej mieściny wciśniętej między wysokie wzgórza i morze. Mnóstwo lokalnego fokloru: ludzie, ich domy, sklepy i kościoły. Nie ma tam turystów, bo za płytko dla jachtów i za ciasno dla hoteli. Warto było zejść z utartego szlaku.

Dziesiątego dnia ruszamy na wyspę-hotel Palm Island. Jej jedyną (dla nas) atrakcją są bary pod palmami i wyborne cocktaile. U jej wybrzeży podpływa do nas „naganiacz” proponując super zabawę w Lambi's Bar w Clifton, na Union Island. Ma być bufet, występy fakira, bezpłatna boja, transport łódką do baru i na jacht, przystępna cena a przede wszystkim steel band. To nas przekonało. I nie żałowaliśmy. To, co ci chłopcy ze steel band wyprawiali na swoich blaszanych kotłach ze stalowych beczek, taka gama dźwięków, jest trudne do wyobrażenia. Warto tam zajrzeć.

Samo Clifton to zbieranina barów, sklepików, wysypisk śmieci. Ciekawostką jest małe lotnisko, podarunek od władz Tajwanu. Zastanawialiśmy się, jaki miał Tajwan w tym interes? Zagadka wyjaśniła się dwa dni później, kiedy w stolicy St. Vincent i Grenadynów, Kingstown, natknęliśmy się na ambasadę Tajwanu. Nie jakieś tam przedstawicielstwo handlowe czy inne. Normalna ambasada! Chyba tylko tu Tajwan jest uznany dyplomatycznie.

11 dzień to rejs na St. Vincent. Kotwiczymy na południowym cyplu, koło Young Island. Następnego dnia taksówką (koniecznie ustalić wcześniej cenę i targować się!) do Kingstown. Największą atrakcją jest najstarszy na zachodniej półkuli, pamiętający kolonialne jeszcze czasy, ogród botaniczny.

ZAKOŃCZENIE

Nasz pobyt na Antylach pomału dobiega końca. Ostatnie dwa dni to rejs powrotny. Zawijamy na jedną dobę drugi raz do Rodney Bay na St. Lucia. W ramach ponownego przystosowania do cywilizacji niektórzy z nas pożyczają skutery wodne, korzystają z lotów na spadochronie za motorówką.

Z żalem wracamy do Le Marin na Martynice. Kolejka do nabrzeża zaopatrzeniowego. Uzupełnianie wody i paliwa. Cumowanie przy pomoście. Sprzątanie. Pakowanie. Procedura zdania jachtu to tylko odpowiedź na pytanie: Co jest niesprawne? Po kilku godzinach lądujemy w ponurym, zimowym Paryżu. Cywilizacja ma nas z powrotem. Za nami wspaniała podróż, otwierająca horyzonty i inspirująca kolejne plany.

rejsy
porty
informacje
jacht


top
index